Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 grudnia 2014

Los Angeles vlog #1!

Alleluja! Po ponad trzech miesiącach w końcu zabrałam się za edytowanie filmików, które nakręciłam będąc w Los Angeles (serce nadal mi się kraja z tęsknoty haha). Chciałam zrobić to dużo wcześniej, ale komputer odmawia posłuszeństwa i przez ilość różnego rodzaju wirusów, których kolekcja na moim laptopie jest naprawdę imponująca, Windows Movie Maker przestał działać (a o innych programach do obróbki video to już nawet mogę zapomnieć...). Deską ratunku okazał się mój najnowszy nabytek, o którym wspomniałam w poprzedniej notce i muszę przyznać, że kiedy go kupowałam to myślałam przede wszystkim o tym, że w końcu będę mogła zacząć dodawać te filmiki.
Na pierwszy rzut ognia idzie vlog z Six Flags & Universal Studios Hollywood. Miłego (oby) oglądania!



Filmy kręciłam cyfrowką Sony cyber-shot DSC-WX80, edytowałam w aplikacjach iMovie & Chromic.
Długo się zastanawiałam jaki podkład muzyczny wybrać, nie chciałam dodać "zwykłej" piosenki, którą można usłyszeć wszędzie, postawiłam więc na moje dzisiejsze, przypadkowe odkrycie. Nie jestem do niego przekonana na sto procent, ale stwierdziłam, że nawet pasuje :).
Zaraz zabieram się za kolejny vlog z Los Angeles, już nie mogę się doczekać, żeby go Wam pokazać! Hollywood/Beverly Hills/Santa Monica/Griffith Park - coming soon!

Trzymajcie się, do napisania
xoxo

sobota, 13 września 2014

Griffith Observatory & Santa Monica!

W końcu przyszedł czas na relację z mojego ostatniego dnia pobytu w Los Angeles, mieście, w którym ku zdziwieniu wielu osób zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Rano udaliśmy się do Griffith Observatory. Możecie się śmiać, ale ja zawsze uwielbiałam wycieczki szkolne do planetarium, bo dla mnie te wszystkie fakty/pokazy/zdjęcia są mega ciekawe i tym razem również mi się podobało. 


Jednakże, pokaz był niczym w porównaniu z "atrakcjami na zewnątrz", czyli widokami... Można zobaczyć większość Los Angeles i uwierzcie mi, rozmiar tego miasta robi piorunujące wrażenie... Końca nie widać.


Nie dość, że widoki na downtown niesamowite, to jeszcze Hollywood sign!


Polecam każdemu wpisanie wizyty w Griffith Observatory na swoją Bucket List, zwłaszcza wieczorem/nocą, bo wtedy to dopiero jest przepięknie. Ja niestety nie miałam okazji przekonać się o tym na własne oczy, ale kiedyś na pewno się to stanie.

Naszym kolejnym (i ostatnim, nie licząc lotniska) przystankiem była Santa Monica! Niestety, nie mogę napisać Santa Monica BEACH, bo przez zamieszanie z lotem (Hości myśleli, że mamy o 17:40, a był o 16:40) nie udało mi się tam dojść...ale jestem pewna, że za niedługo wrócę do Californii i zatytuuję jedną z notek "Santa Monica Beach" (w tym momencie rzucam wyzwanie samej sobie).


Podsumowując, pobyt w Los Angeles uważam za naprawdę udany. Byłam tam jedynie pięć dni, ale wiem, że wykorzystaliśmy je do maksimum i zobaczyłam sporo fantastycznych miejsc (równocześnie spełniłam wieeele marzeń, jestem przeszczęśliwa z tego powodu). 

Do zobaczenia za jakiś czas, LA! 
A Wam przesyłam serdeczne pozdrowienia. Bye!

wtorek, 2 września 2014

Hollywood//Beverly Hills & WB//Universal!

Wybaczcie, że nic nie pisałam przez ten tydzień, ale troszkę się działo. Mieliśmy z chłopakami dużo roboty, bo dzisiaj zaczeła się szkoła, więc trzeba było wszystko przygotować (tutaj wygląda to zupełnie inaczej niż w PL, o czym na pewno napiszę jak rok szkolny się "rozkręci" i będę wiedzieć jeszcze więcej). Również po pracy miałam "napięty grafik", moim faworytem był wtorkowy wieczór w Marymoor park i oglądanie Igrzysk Śmierci <3 oraz czwartkowy seans Pretty Little Liars w wieeeelkim pokoju filmowym w domu O. (au pair, oczywiście z Niemiec). Ale dobra, przejdźmy do wlaściwego tematu notki.
W zeszły piątek, czyli podczas mojego trzeciego dnia w Los Angeles zobaczyłam Hollywood i Beverly Hills. Na początku wybraliśmy się zobaczyć Hollywood sign, następnie Walk of Fame, gdzie wykupiliśmy wycieczkę objazdową (niestety tylko tą godzinną <bez domów gwiazd>, której nie polecam, bo była po prostu nudna i nie warta swojej ceny, ale okej, lepsze to niż nic<3).

Poznajecie? Pretty Woman!

Tak jak już pisałam w poprzedniej notce - ku zaskoczeniu wszystkich (oprócz mnie) zakochałam się w Los Angeles od pierwszego wrażenia. Nawet typowo meksykańsko-wyglądające-uliczki-z-samymi-meksykańsko-wyglądającymi-ludźmi były uciechą dla moich oczu, więc chyba nie muszę mówić co działo się ze mną w Beverly Hills... delighted♥


Wiem, że dla wielu osób to żałosne, ale ja będąc w EL EJ liczyłam na to, że uda mi się spotkać jakąś "gwiazdę" haha ale niestety moje poszukiwania zakończyły się wynikiem negatywnym (PS. chyba nie tylko ja mam świra na tym punkcie, bo większość osób pytała mnie własnie o to czy kogoś widziałam, a nie o to jak było w LA :D).

Kolejnego dnia, czyli w (zeszłą) sobotę rano udaliśmy się na plan Warner Brosa. Niektórzy z Was pewnie wiedzą, inni nie, że jestem wieeelką fanką Pretty Little Liars, więc zobaczenie planu tego serialu było czymś naprawdę wielkim. Prowadzę również bloga o PLL, więc szczegółową relację wizyty w WB zainteresowani mogą znaleźć tutaj.
Po WB przyszedł czas na Universal Studios, gdzie naprawdę świetnie się bawiliśmy! 

 

Jedną z atrakcji w Universalu był "Dom Horrorów". Ja, jako osoba która boi się wszystkiego (czasem nawet za bardzo, w ciągu 19 lat mojego życia widziałam może z 3 horrory, oczywiście przez palce i nie sądzę, abym KIEDYKOLWIEK się do nich przekonała) od razu powiedziałam sobie, że nie idę... ale później zobaczyłam ile dzieci tam wchodzi, więc aż wstyd było zostać. No to poszłam. Na początku zgrywałam cwaniaczka i do pierwszego faceta przebranego za zombie pomachałam, czego pożałowałam po trzech krokach, kiedy nie wiem jak ale znalazł się po mojej drugiej stronie i wrzasnął do ucha.Chciałam się wycofać, ale oczywiście nie było jak. Wszystko w środku wyglądało naprawdę realistycznie, nawet teraz mam ciarki pisząc o tym. Każde pomieszczenie było "zajęte" przez inne dziwolągi, dla mnie najgorszym z nich było to, w którym siedziała kobieta przebrana za lalkę i w momencie kiedy tam weszliśmy zaczeła świrować, okropne. Moi chłopcy mieli niezły ubaw patrząc na mnie, zwłaszcza wtedy kiedy widzieli, że się popłakałam :D. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy wcale sie nie dziwiłam, że beczę jak dziecko haha. Fajne przeżycie, zawsze to coś nowego, ale jedno wiem na pewno - NIGDY WIĘCEJ.

 

To by było na tyle jeśli chodzi o mój trzeci i czwarty dzień pobytu w Los Angeles. Do opisania została mi jeszcze niedziela. Ogólnie mam Wam dużo do powiedzenia i już teraz postaram się być na bieżąco. Jeśli chodzi o "najbardziej ciekawe" kwestie to po pierwsze zdałam prawko, a po drugie dzień później miałam stłuczkę :)... Ale o tym jedna z kolejnych notek.
PS. Bucket List zaktualizowana <3

Trzymajcie się, buziaki!

piątek, 22 sierpnia 2014

Hello LA // Six Flags Magic Mountain!

Spełniłam kolejne wielkie marzenie... Nadal nie wierzę, że piszę do Was z gorącego Los Angeles! Przed wylotem zastanawiałam się jak to będzie - zawiodę się, czy zakocham. Klarowna odpowiedź pojawiła się w mojej głowie jeszcze będąc na pokładzie samolotu, kiedy to zobaczyłam LA i jego okolice z lotu ptaka. Jestem naprawdę po uszy zakochana w tym miejscu... Jest wyjątkowe! I chociaż już na własnej skórze przekonałam się jak to jest znaleźć się w typowym dla LA korku na freeway'u & zobaczyłam kilka niebezpiecznych dzielnic, i tak na chwilę obecną nie marzę o niczym innym, niż zamieszkaniu tutaj na zawsze haha <3.
Wylądowaliśmy tu wczoraj w okolicach godziny 17. Lot był krótki (niecałe 2 godziny), więc w końcu wysiadłam z samolotu czując się w porządku, a nie jak prawiemartwaczłowiekopodobna postać. Najpierw pojechaliśmy do domu, w którym zatrzymujemy się na czas pobytu w LA, zostawiliśmy rzeczy i pojechaliśmy spotkać się z bratem Hostki, jego żoną i dwoma (przecudownymi, przesłodkimi) córeczkami. Na kolację udaliśmy się do jednej z restauracji na głównej ulicy w dzielnicy Studio City <3.

 

Dzisiaj rano pojechaliśmy do Six Flags Magic Mountain... CO ZA MIEJSCE! Zaskoczyłam samą siebie z milion razy, bo poszłam na prawie wszystkie rollercoastery. Najśmieszniejsze jest to, że pierwszą jazdę mieliśmy na najgorszym (według mnie) ze wszystkich (oczywiście nie wiedziałam, że jest aż tak źle - dopiero na samej górze będąc twarzą do ziemi zdalam sobie sprawę, że chyba jednak trochę mam lęk wysokości hahah, chciało mi się płakać...), więc każdy kolejny wydawał się być niczym wielkim, świetne uczucie, adrenalina, mnóstwo zabawy!
 PS. Mała rada, jeśli chodzi o rollercoastery: nie siadajcie na brzegu - bierzcie miejsca w środku jak się da, bo ja najbardziej bałam się tego, że w coś uderzę, wszystko wydawało się być tak blisko, masakra... ah, i jeszcze jedno dziewczyny, lepiej zawiążcie sobie włosy, bo ja miałam czarne scenariusze, że się gdzieś zaplączą i zginę tragicznie hahaha

 

Z dzisiejszego dnia mam mało zdjęć, bo większą uwagę skupiłam na kręceniu filmików! Za niedługo je zobaczycie :). PS. Powyższe fotki zrobione są moją nową cyfrówką, jestem z niej mega zadowolona, teraz już nie będę musiała wszędzie dźwigać ze sobą lustrzanki!

Był ktoś z Was na Magic Mountain? Jeśli nie, to polecam wpisać to na swoją Bucket List!

Okej, idę spać... Jutro zapowiada się cuuuudowny dzień - Hollywood! Nie mogę się doczekać. Do napisania, pozdrawiam z Miasta Aniołów! 

wtorek, 22 lipca 2014

See you soon... Los Angeles!

Kiedy w niedzielę wieczorem, zmęczona i wyładowana po całym dniu leżałam w łóżku, nigdy nie pomyślałabym, że zaledwie kilka chwil później będę mieć tyle energii, żeby po nim skakać :D!
Oglądałam film i nagle usłyszałam, że Hostka rozmawia przez telefon w przedpokoju. Zapewne nie zwróciłabym na to większej uwagi, gdybym nie usłyszała "Martyna sprawdzała, że bilety są po 200$". Zaczełam się zastanawiać o co chodzi, aż w końcu jakąś minutkę później Hostka zapukała do moich drzwi. "Właśnie rozmawiałam z bratem, postanowiłam, że go odwiedzimy. Mieszka w Hollywood." ... To już kolejna sytuacja, w której naprawdę chciałabym zobaczyć swoją minę. Momentalnie pojawił mi się banan na twarzy, a Hostka zaczeła się śmiać, bo mówiłam jej już chyba z tysiąc razy, że chcę polecieć do Los Angeles. Best news ever <3! Chyba nie muszę mówić, jak przeszczęśliwa jestem w związku z tym, że a) zobaczę LA już ZA MIESIĄC, b) lecę tam za darmo, c) czekają mnie przed-LAowskie zakupy z Hostką! Nie mogę się doczekać!


Najlepsze jest to, że jak rozmawiałam z nimi na Skype, jeszcze podczas całego procesu "matchowania", to powiedzieli, że chcą lecieć do San Francisco na kilka dni w sierpniu. Od mojego przylotu nie usłyszałam o tym ani słowa, więc trochę sie zmartwiłam, że jednak nigdzie z nimi nie polecę... Aż tu nagle Hostka przychodzi do mnie z taką informacją... Szok <3 PS. San Francisco oczywiście też bym chciała kiedyś zobaczyć, słyszałam, że pięęęęękne, ale jednak to Los Angeles było na szczycie mojej listy "do zobaczenia w USA"...