Spędziłam w Portland dwa dni, które mineły równie szybko jak każdy mój weekend tutaj, a z drugiej strony po powrocie do domu czułam się tak, jakby nie było mnie przynajmniej dwa tygodnie. Może to dlatego, że na ten czas odciełam się totalnie od rzeczywistości, nie byłam au pair, tylko kimś, kto może robić to co chce, jak chce i kiedy chce, bez obawy, że innym ludziom się to nie spodoba. Cudowne uczucie.
Przygodę zaczełam w sobotę już o 6 rano, kiedy to wziełam autobus do Seattle. Po kilkudziesięciu minutach spotkałam się na Union Station z Julią (Niemcy) i Judith (Francja) i wsiadłyśmy do busa Seattle-Portland. Dotarcie na miejsce zajeło nam 2h 45min, czyli pół godziny mniej niż myslałyśmy. Wysiadłyśmy w samym centrum miasta. Najpierw udałyśmy się na Waterfront, pospacerowałyśmy po deptaku i udałyśmy się na rynek, gdzie zobaczyłam typowo polski akcent, łezka w oku haha!
Następnym przystankiem było Chinatown. Temperatura była wręcz okropna (mega gorąco), więc blisko chińskiego ogrodu zrobiłyśmy sobie chwilę odpoczynku.
Wyglądam na tym zdjęciu jak chomik, ale JADŁAM (jak zwykle...) :D.
Jakiś czas później udałyśmy się w stronę downtown, by złapać autobus i pojechać do hotelu. Pierwsza częśc poszła zaskakująco łatwo (pojawiłyśmy się na przystanku o idealnej godzinie), w przeciwieństwie do drugiej. Miałyśmy wysiąść na 33rd street, a tak się zagadałyśmy, że o tym, iż minełyśmy nasz motel zorientowałyśmy się na 46th, czyli kawał drogi dalej. Musiałyśmy więc wsiąść w autobus jadący w stronę, z której właśnie przyjechałyśmy, ale na szczęście nie czekałyśmy na niego długo. Tym razem skupiłyśmy się na maksa i wszystko poszło okej.
Motel od razu mi się spodobał, świetny klimacik! Mimo, że za taką cenę znalazłybyśmy o wiele lepszy (ale ogarnełyśmy się z tym wszystkim za późno), to i tak nie ma co narzekać.
Po krótkiej regeneracji wróciłyśmy do downtown.
Tak naprawdę nie miałyśmy żadnego planu wycieczki, więc przez większość czasu po prostu chodziłyśmy po mieście, szukając ciekawych miejsc. W pewnym momencie zrobiłyśmy sobie przerwę na Starbucksa (naszym celem było tak naprawdę podładowanie telefonów :D). Tradycyjnie zamówiłam moje ukochane Pumpkin Spice i delektowałam się nim tym razem jako Abtina, bo przecież tak własnie pisze się imię Martyna. Mistrz.
Wieczorem nadal zwiedzałyśmy Portland na własną rękę, uwielbiam miasta nocą, cudowny widok i klimat. Dzień zakończyłyśmy w weggie grill na naprawdę przepysznej kolacji <3.
Po powrocie do motelu posiedzałyśmy chwilę na zewnątrz, pogadałyśmy i w końcu poszłyśmy spać. Miałyśmy w planach mini-imprezę, ale byłyśmy na to za bardzo zmęczone :D.
A Wam jak minał weekend?
Drugi dzień wypadu do Portland opiszę już za niedługo!
Trzymajcie się,
Trzymajcie się,































































