niedziela, 14 stycznia 2018

Kolejne wakacje zycia w Stanach - relacja Camp America!

Hej! Dzisiaj postanowiłam opowiedzieć Wam "trochę" o mojej wakacyjnej przygodzie z Camp America. Mój trzeci już pobyt w Stanach na pewno na długo zostanie w mojej pamięci :)

W 2017 roku wybrałam się na swój camp (Camp Widjiwagan w Nashville, TN) po raz drugi. Decyzję o powrocie podjełąm dość szybko, a pomógł mi w tym fakt, że większość moich najlepszych campowych znajomych z poprzedniego lata również zdecydowała się na powrót. Wiedziałam, że z nimi na pewno przeżyję mnóstwo niezapomnianych chwil! (SPOILER ALERT: Tak właśnie było)



Moje campowe szkolenie rozpoczynało się już w połowie maja i niestety w 2017 roku musiałam ominąć jego początek ze względu na uczelnię. Bardzo nad tym faktem ubolewałam, ponieważ otwarcie sezonu zawsze odbywa się w sposób niesamowity - counselorzy powracający na camp prowadzą wielką grę (tzw "Big Game"), w której przebierają się za bohaterów danego motywu (w zeszłym roku było to Star Wars, w tym Nibylandia) i stoją na czele różnych zadań. Nowi counselorzy dzielą się na kilka grup, każda z nich ma swoją "misję" i listę czynności do wykonania. Zawsze jest to dla nich wielka frajda, a celem takiej Big Game jest to, aby nowi counselorzy sami poczuli się jak camperzy.

Śmieszne było to, że gdy na moim campie odbywało się to uroczyste otwarcie sezonu ja siedziałam na uczelni i pisałam egzamin :P Połowę przedmiotów zaliczyłam jeszcze przed wylotem, drugą część zostawiłam sobie na wrzesień.

W końcu, po kilku miesiącach oczekiwania, nadszedł wielki dzień... 15 maja. Dzień wylotu. Wchodząc na pokład samolotu byłam mega podekscytowana, nie mogłam doczekać się tego, aby rozpocząć nową przygodę w miejscu, które tak bardzo pokochałam.


 Z lotniska odebrały mnie dokładnie te same dziewczyny co za pierwszym razem... Z tą różnicą, że w wtedy (2016) szłam w ich stronę nieco niepewnym krokiem, bo były to dla mnie obce osoby, a w 2017 już do nich biegłam, bo nie mogłam doczekać się "zjednoczenia" z moimi najlepszymi campowymi przyjaciółkami.

Kiedy dotarłam na camp wszyscy nowi counselorzy przygotowywali się akurat do camp out, czyli rozpalali ognisko, rozkładali namioty itd, więc ja udałam się do swojego domku/cabiny i na spokojnie się rozpakowałam. W końcu przyszedł czas udać się w miejsce, gdzie znajdowała się cała reszta staffu.. Kiedy tylko zbliżyłam się do grupy rozległy się piski moich pozostałych znajomych z 2016 roku (którzy nie mogli przyjechać na lotnisko). To był jeden z piękniejszych momentów na campie - ponownie znaleźć się wśród osób, z którymi dzieliłam tak wiele niesamowitych momentów i z którymi miałam przeżyć kolejne niezapomniane chwile.


Po przywitaniu się z grupą "returnersów" przyszedł czas na przedstawienie się nowej grupie. Przyznam szczerze, że dziwnie czułam się widząc ten sam camp, a zupełnie inny staff :D

MOJA PRACA NA CAMPIE
Na moim campie istnieją tzw "villages", czyli grupy wiekowe (camperów). W tym roku byłam Village Leaderem (pod swoimi skrzydłami miałam naszych najmłodszych camperów, czyli tych od 5 do 7 roku życia, a "First Camp" było nazwą mojej village). Przyznam, że była to ciężka praca, bo taka grupa wiekowa jest bardzo wymagająca i należy poświęcić jej 200% uwagi. Z drugiej strony praca ta nauczyła mnie wielu cennych rzeczy (przede wszystkim cierpliwości :D) i jestem wdzięczna, że miałam taką możliwość. Bycie Team Leaderem to jakby nie było swego rodzaju campowy awans, a przede wszystkim wyróżnienie przez Dyrektora, więc wiedziałam, że muszę dać z siebie wszystko, aby zarówno moje dzieciaki, jak i moje "szefostwo" byli jak najbardziej zadowoleni. Poza tym, innymi Village Leaderami byli wszyscy moi najlepsi przyjaciele z lata poprzedniego i świetnie nam się ze sobą pracowało.

Miałam przed sobą ciekawe wyzwanie - musiałam zdobyć uprawnienie na prowadzenie motorówek i tak zwanych pontoon boats. NIGDY, przenigdy nie pomyślałabym, ze będę cos takiego robic! Przyznam szczerze, ze moje pierwsze chwile za sterami byly przerażające, ale pozniej to pokochałam (chociaż "parkowanie" nadal jest dla mnie zmorą").


CAMP JEST JAK FABRYKA, KTÓRA PRODUKUJE NIEZAPOMNIANE CHWILE I MAGICZNE WSPOMNIENIA
Mimo, że praca na campie potrafi być czasami naprawdę trudna i wyczerpująca, to i tak jest czymś niezastąpionym i jedynym w swoim rodzaju, bo właśnie dzięki tej ciężkiej pracy tworzy się magiczne chwile zarówno dla camperów, jak i oczywiście całego campowego staffu. Mam wiele ulubionych momentów z tego lata i na ich myśl pojawiają się słodko-gorzkie emocje - z jednej strony radość, bo przypomina się ten cudowny czas, z drugiej smutek, że "wszystko co dobre kiedyś się kończy".

Gdybym miała opisać moje ulubione momenty z campu na pewno zajełoby mi to zdecydowanie za dużo czasu, a Wy już po pierwszym przestalibyście czytać :P Ale uwierzcie mi, praktycznie w każdy dzień wydarzyło się coś śmiesznego - od ataku szopów podczas camp out, po mniej lub bardziej udane pranki, aż do pizzy na pontoon boat i pływaniu po przepięknym jeziorze Percy Priest przez kilka dobrych godzin. Poza tym, czy może być coś lepszego od mieszkania z grupą świetnych znajomych przez 12 tygodni i pracowania w "najszczęśliwszym" miejscu na świecie? Uwaga Disney, masz konkurencję!

W każdą niedzielę, czyli przed rozpoczęciem nowego turnusu na campie, wszyscy counselorzy spotykali się z Dyrektorami campu i rozmawialiśmy o tym co robimy dobrze, a co możemy poprawić. Wszystkie te "wykłady" sprawiły, że z dnia na dzień pojawiało się u nas coraz to więcej pomysłów jak z normalnej czynności zrobić zabawę. Dyrektorzy powtarzali nam, że jako counselorzy jesteśmy dla dzieciaków nie tylko zwykłym opiekunem, ale też (przede wszystkim) wzorem do naśladowania, osobą, którą zapamięta się do końca życia. Dlatego też, każdy starał się jak mógł. Do dziś uwielbiam wspominać urocze słowa, które usłyszałam od swoich campowych dzieciaków. Bycie Counselorem to najpiękniejsza rzecz jakiej do tej pory doświadczyłam.


A PO CAMPIE PRZYSZEDŁ CZAS NA... PODRÓŻE!
Moim pierwszym przystankiem było Las Vegas. Szczerze mówiąc nie miałam zielonego pojęcia czego spodziewać się po tym mieście. Nie miałam pojęcia, że większość atrakcji turystycznych znajduje się w hotelach. Pokochanie Las Vegas nie zajęło mi dużo czasu. Co prawda jest to chyba najbardziej "sztuczne" miejsce, coś w rodzaju iluzji, ale ja byłam zachwycona. Nowy Jork, Wenecja, Paryż, Egipt... to wszystko w jednym miejscu. Magia!


Podczas pobytu w Vegas zrobiłyśmy sobie day trip nad Wielki Kanion. W końcu! Od zawsze marzyłam, żeby go zobaczyć. Piękno tego miejsca jest moim zdaniem niemożliwe do opisania.. to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. W drodze powrotnej do LV zobaczyłyśmy również Zatokę Hoovera.


W Las Vegas byłam z dwoma koleżankami (C i R), ale w kolejne dwa miejsca udałam się sama. Najpierw poleciałam do mojego ukochanego Seattle. Dlaczego ukochanego? Ponieważ w 2014/2015 mieszkałam w jego okolicach przez rok (jako au pair). Powrót w to miejsce był dla mnie czymś wyjątkowym, bo jakby nie było zbudowałam tam kiedyś swoje życie, miałam mnóstwo znajomych, ulubione miejsca itd. Zatrzymałam się w domu rodziny, u której au pairowałam i to również było niesamowitym przeżyciem, bo w końcu kiedyś był to "mój dom". Ponadto, moje host dzieciaki meeega się zmieniły przez te 3 lata. Wtedy żegnałam się z małymi chłopcami, w tym roku powitali mnie nastolatkowie.


Z Seattle wybrałam się do San Francisco. Jeszcze będąc na campie (kiedy planowałam szczegóły podróży) myślałam, że nie uda mi się "wcisnąć" tego miasta do ogólnego planu, ale na szczęście udało się (chociaż byłam tam tylko na dwa dni). Dziwnie czułam się lecąc totalnie sama w zupełnie obce miejsce, ale było to z drugiej strony świetnym wyzwaniem. No i finalnie okazało się, że wcale nie byłam taka sama! Siedząc na lotnisku w Seattle dodałam status na Facebooku:


Chwilę później odezwał się do mnie kolega, z którym pracowałam na campie w 2016 roku (i od tego czasu się oczywiście nie widzieliśmy) i okazało się, że akurat jest w San Francisco. Jedna z większych niespodzianek ever! Nie widzieliśmy się od roku i nagle okazuje się, że zobaczymy się za mniej niż 3 godziny, kosmos :D Co więcej, zatrzymaliśmy się w tym samym hostelu (chociaż on wylatywał w dniu mojego przylotu). Jakby tego było mało, jego kolejnym przystankiem było Vegas, w którym też wybrał ten sam hostel co ja kilka dni wcześniej :D Świat jest mały.

San Francisco to miasto, do którego z całą pewnością będę chciała kiedyś wrócić. Przepiękna architektura, kolorowe domy, palmy, cudowny klimat... Co więcej, panowała tam idealna temperatura (na campie codziennie mieliśmy po 38 stopni i wilgotne powietrze, a ja jestem z tych osób co wolą kiedy jest im za zimno, niż za ciepło). Zobaczenie Golden Gate Bridge sprawiło, że się wzruszyłam (don't ask me why). Może chodziło o to, że właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że spełniłam kolejne ogromne marzenie. Dzięki programom au pair & camp america spełnianie marzeń stało się moim hobby... Pamiętajcie, "Don't let your dreams just be dreams"!


Z San Francisco poleciałam do Waszyngtonu (z przesiadką w Dallas, TX), gdzie czekały na mnie C i R (o których wcześniej wspominałam). Od tego momentu już do końca mojego pobytu w USA byłyśmy razem. Waszyngton to niesamowite miejsce, chociaż przyznam, że sam Biały Dom mnie rozczarował :P (jest o wiele mniejszy niż sobie wyobrażałam). W Waszyngtonie spotkałyśmy się z koleżanką, z którą pracowałyśmy na campie. Zaprosiła nas do siebie na mini domówkę, gdzie poznałyśmy jej znajomych, co było ciekawym doświadczeniem, bo wszyscy z nich studiowali prawo lub inne kierunki polityczno/społeczne, rozmawiali właśnie o polityce i poruszali tematy, których ja nawet nie spróbowałabym tknąć, bo mogłoby się to źle skończyć 😀


Z Waszyngtonu pojechałyśmy megabusem do Nowego Jorku. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym Manhattan pojawił się na horyzoncie... Myślałam, że się wtedy popłaczę, bo Nowy Jork zdecydowanie zajmuje największe miejsce w moim sercu. Na Manhattanie nie byłyśmy jednak zbyt długo, bo zaraz po przyjeździe udałyśmy się na kolejny autobus, tym razem do Hamptons (xoxo, Gossip Girl) :D Tam zatrzymałyśmy się u rodziny mojej koleżanki i w końcu, po tak intensywnej pracy na campie i równie intensywnym podróżowaniu miałyśmy trochę czasu na odpoczynek i "zwolnienie tempa". W Hamptons byłyśmy 3 dni, a później znów wróciłyśmy na Manhattan.


W Nowym Jorku spędziłyśmy kolejne 4 dni. Tak jak wcześniej wspomniałam UWIELBIAM to miejsce. Dla niektórych jest ono zbyt chaotyczne, a ja własnie przez to tak bardzo je kocham. Obserwowanie ludzi, którzy się tam znajdują jest według mnie fascynujące. Mimo, że w Nowym Jorku byłam już kilka razy, chyba na zawsze pozostanie ono numerem jeden na liście "do zobaczenia". Do NYC cudownie się wraca.


PODSUMOWUJĄC...
Mimo, że praca na campie w tym roku była dla mnie o wiele trudniejsza niż w zeszłym (inne obowiązki, więcej odpowiedzialności) to nie zamieniłabym tych wakacji na nic innego. Poznałam kolejną grupę ludzi, którzy pozostaną mi bliscy na długie lata. A jeśli chodzi o podróże... cóż mogę powiedzieć, spełniłam kilka ogromnych marzeń, a według mnie jest to najcudowniejsza rzecz na świecie.


DO NASTĘPNEGO RAZU, Ameryko!

Dajcie znać jeśli macie jakieś pytania. W następnej notce opowiem Wam szczegółowo jak wyglądała moja wizyta u Byłej Host Rodzinki.

PS. Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście polajkowali moją facebookową stronę!
www.fb.com/martynagornaCA

xoxo

2 komentarze:

  1. Kurcze, jak to się czyta to ma się wrażenie, jakby się czytało jakąś bajkę, super!!!
    Czekam na post o pobycie u byłej host rodziny :)
    Masz już jakieś plany na te wakacje??
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem nie wierzę, że to wszystko w ogóle miało miejsce :D
      Plany na wakacje? Trudno rozstać się z campem - wracam po raz trzeci <3
      Post o pobycie u Host rodziny już niedługo :)

      Pozdrawiam!!

      Usuń